Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stwo, wszelkie zdrady, wszelkie słowem nadużycia: są wynikiem praw przyrodzonych i niezaprzeczonej logiki człowieczej, skoro skierowane są przeciw istocie, która czci mojej, miłości mojej, duszy mojej nareszcie — niepowetoweny cios zadaje. Częstokroć czyni to niewiedząc nawet o całej doniosłości krzywdy wyrządzonej; ale czyż mię to obchodzi? Tem gorzej dla niej, niech wie.
Wróciłem do celki odźwiernych zapytując sam siebie co się tu teraz stanie. Na wszelki wypadek zamknąłem drzwi.
— Macie mi prawdę powiedzieć! — było pierwsze moje słowo, a tak groźne, i tak straszne zapewne, że kobieta od razu odgadła katastrofę.
— Jaką prawdę.
— Do kogo ten list pisany?
— Przecież pan widzisz.
— Nie drwij ze mnie, potworze, albo cię uduszę:
Straciłem wszelką władzę nad sobą. Odźwierny zrobił poruszenie.
— Jesteśmy uczciwi ludzie, — rzekł, — i masz pan wyjść ztąd natychmiast.
— Jesteście łotry, jesteście wspólnikami zbrodni; i jeżeli mi zaraz całej prawdy nie powiecie, każę aresztować was oboje.
Spojrzeli na siebie.
— Ja tam nie wiele więcej wiem od pana, — odezwała się kobieta, ale co wiem to powiem; a zresz-