Strona:PL Dumas - Kobieta o aksamitnym naszyjniku.pdf/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tór, którego wargi tylko zdawały się żyć, a wzrok nieruchomy wlepiony był w tancerkę.
— Ta kobieta ma zapewne kochanka?
— Ma.
— Którego kocha?
— Tak powiadają.
— Czy bogaty?
— Bardzo.
— Kto to jest?
— Spojrzyj pan w lewo, na dolne przedscenie.
— Nie mogę odwrócić głowy.
— Zrób wysiłek.
Hoffman zrobił wysiłek tak bolesny, że aż krzyknął, jak gdyby nerwy jego szyi stały się marmurowemi i w tej chwili pękły.
Spojrzał na wskazane przedscenie.
Był tam tylko jeden człowiek, ale człowiek ten, rozparty jak lew na aksamitnej balustradzie, zdawał się sam jeden przedscenie to wypełniać.
Był to człowiek trzydziestokilkoletni, z twarzą zoraną przez namiętności; rzekłbyś, że to nie ospa, ale wybuch wulkanu powydrążał doliny, których zagłębienia krzyżowały się na tem poszarpanem ciele; oczy jego musiały być małe, ale roztworzyły się skutkiem jakiegoś rozdarcia duszy; raz były bezbarwne i puste, jak wygasły krater, to znowu buchały płomieniami, jak krater kipiący. Nie klaskał on w ręce, ale uderzał w balustradę, a przy każdym takim poklasku zdawało się, że wywróci salę.
— Oh! — rzekł Hoffman — czy to człowieka ja widzę?
— Tak, to człowiek — odparł czarny doktór — tak, to człowiek, a nawet tęgi człowiek.
— Jak się nazywa?
— Pan go nie znasz?
— Nie, przybyłem dopiero wczoraj.
— Otóż to jest Danton.
— Danton! — zawołał Hoffman z drgnieniem. — Oh! oh! i to kochanek Arsenji?
— Jej kochanek.
— I pewnie ją kocha?
— Do szału! a zazdrosny do wściekłości.
Lecz jakkolwiek interesującym był Danton, już Hoff-