Strona:PL Dumas - Kobieta o aksamitnym naszyjniku.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tuż naprzeciw niej. Wicher dął w deski. Hoffman założył ręce na piersi i patrzył.
Ileż to rzeczy musiało się narodzić w głowie tego człowieka, który z kieszeniami pełnemi złota, licząc na noc rozkoszną, spędzał samotnie tę noc naprzeciw szafotu!
Wśród tych myśli zdawało mu się, iż jakaś skarga ludzka miesza się ze skargami wiatru.
Przechylił głowę naprzód i słuchał.
Skarga się ponowiła, wychodząc nie z oddali, lecz z dołu.
Spojrzał dookoła siebie i nie widział nikogo.
Jednakże trzeci jęk doszedł do niego.
— To jakby głos kobiecy — rzekł sobie w duchu — i jakby wychodził z pod spodu tego rusztowania.
Schyliwszy się więc, by lepiej zobaczyć, zaczął obchodzić gilotynę dokoła. Gdy przechodził przed okropnemi schodami, nogą potrącił o coś; wyciągnął ręce i dotknął istoty siedzącej na pierwszych stopniach, odzianej czarno.
— Kto jesteś, — zapytał Hoffman — co śpisz tu w nocy na stopniach szafotu?
I jednocześnie ukląkł dla zobaczenia twarzy tej, do której mówił.
Ale ona się nie poruszała, i z łokciami opartemi na kolanach, głowę ukrywała w rękach.
Pomimo nocnego zimna, ramiona miała prawie zupełnie nagie, i Hoffman mógł dojrzeć czarną linję, którą obwiedziona była szyja.
Tę linję zakreślał aksamitny naszyjnik.
— Arsenja! — zawołał.
— A tak! Arsenja! — szepnęła dziwnym głosem skulona kobieta podniósłszy głowę i patrząc na Hoffmana.