Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przyjazny murzyn, który nazwał siebie Tippy Tilly, wydobył skądeś zmaczany w wodzie gałgan, wsunął go nieznacznie do rąk Stephens’owi i panna Adams zwilżyła nim wargi. Te parę kropel starczyło, by ją pokrzepić, a kiedy kryzys minął, żelazna yankesowska jej natura odrazu przyszła do siebie.
„Ci ludzie nie wyglądają, jakby nam chcieli zrobić krzywdę“ — odezwała się do Stephensa. — „Wierzę, że mają jakieś religijne zasady i to, co jest złe dla nas, jest złe i dla nich.“
Stephens zaprzeczył głową w milczeniu. Widział śmierć chłopców-oślarzy, — ona nie widziała.
„Może jesteśmy przeznaczeni, aby ich sprowadzić na lepszą drogę“ — mówiła starsza pani. — „Może nas zesłano umyślnie, abyśmy spełnili dobry czyn w stosunku do nich.“
Gdyby nie wzgląd na siostrzenicę, jej energiczny charakter gotów był już sławić możność nawracania Chartumu i zamienienia Omdurmanu w mały, skanalizowany o szerokich ulicach odwzór miast Nowej Anglji.
„Wiedzą państwo o czem myślę cały czas?“ — spytała Sadie. — „Pamiętacie tę świątynię, którą zwiedzaliśmy. Kiedy to było? Prawda, dziś rano!“
Wszyscy troje wydali okrzyk zdziwienia.