Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak, to było dziś rano, a zdawało się, gdzieś, śród dalekich wspomnień ich życia, tak wielka była zmiana, takie przemożne myśli przeżyli od tej godziny. Jechali w milczeniu, przejęci owem dziwnem rozszerzeniem się czasu, wreszcie Stephens zwrócił uwagę Sadie, że nie dokończyła swojego zdania.
„Ach, prawda! Myślałam o malowidle na ścianie tej świątyni. Pamiętają państwo tę trzodę jeńców, wleczonych za nogę przy wozie wielkiego króla? Jak opłakanie wyglądali wobec prowadzących ich wojowników. Ktoby mógł, — ktoby mógł przypuścić, że po trzech godzinach podzielimy ich los? A pan Headingly...?“ — Odwróciła twarz i rozpłakała się.
„Przestań, Sadie“ — uspakajała ją ciotka — „pamiętaj, co ksiądz przed chwilą tłomaczył, że wszyscy jesteśmy bezpieczni w ręku Boga. Jak pan sądzi, gdzie my teraz jesteśmy?
Czerwony rożek Baedeckera zawsze jeszcze wystawał z kieszeni adwokata, bo rabusie nie mieli po co go zabierać. Spojrzał nań.
„Jeżeli mi go tylko zostawią, wynotuję sobie parę rzeczy. Mam ogólne pojęcie o okolicy, ponieważ wczoraj naszkicowałem sobie mapkę. Rzeka płynie z południa na północ,