Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sobie, żem mówił, iż po powrocie chcę mieć... Boże mój, lepiej nie myśleć o tem!“
„Kapitan jest stary niedołęga“ — ciągnął, dalej Belmont, — „ale mam bezwzględne zaufanie do zaradności i energji mojej żony. Ona to zrobi, że zaraz dadzą znać. Jeżeli, powiedzmy, wyjadą o pół do trzeciej, w Halfa będą o trzeciej, ponieważ płyną z wodą. Jak długo, mówili, że trwa przygotowanie oddziału wielbłądziego?“
„Weźmy godzinę“.
„Drugą godzinę zajmie przeprawa przez rzekę. Staną przy skale Abu-Sir i wpadną na nasz trop około szóstej. Potem już jest prosta sprawa. Jesteśmy tylko o cztery godziny od nich i niektóre wielbłądy są pomęczone. Możemy jeszcze być ocaleni, pułkowniku!“
„Niektórzy z nas, zapewne. Nie wierzę, żeby padre odżył jutro i nie mam złudzeń co do panny Adams. Nie są stworzeni do tego rodzaju przygód. Przytem nie powinniśmy zapominać, że arabowie mają zwyczaj mordować jeńców, gdy przychodzi odsiecz. Proszę pana, w razie gdyby pan wrócił, a ja nie, mam tu pewien zastaw i chciałbym, aby pan wziął tę rzecz w ręce“.
Jechali nachyleni ku sobie i cali pochłonięci omawianą sprawą.