Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go za najniebezpieczniejszego i najbardziej zaradnego ze wszystkich. Związali mu tedy ręce plecionemi postronkami z wielbłąda. Inni natomiast, nie wyłączając dragomana i dwóch czarnych żołnierzy, mogli jechać swobodnie, — sama ociężałość ich wierzchowców była dostateczną rękojmią, że nie uciekną. Śród wrzasków ludzkich i ryków wielbłądów, zwierzęta podniosły się na nogi. Długi orszak rozwinął się w pojedynkę i ruszył, zostawiając za sobą świadka lepszych dni — rzekę — i kierując się ku migotliwej błękitnej sreżodze, zawisłej nad bezkresnym obszarem, nad wspaniałą i straszną zarazem pustynią, na której, jak pręgi tygrysie, znaczyły się czarne skały i złote piaski.
Żaden z białych jeńców, prócz pułkownika Cochrane’a, nigdy w życiu nie siedział na wielbłądzie. Przerażająca wysokość, gdy spojrzeli na ziemię, dziwne kołysanie, a nadomiar niepewne siodło, sprawiały, że czuli się niedobrze i drżeli ze strachu. Ale fizyczna przykrość była niczem wobec gorzkich myśli, jakie ich nurtowały. Co za przepaść między ich dotychczasowem życiem, a życiem obecnem! A jednak, jaki krótki czas i przestrzeń je dzielą! Niema jeszcze godziny, jak stali na szczycie skały, śmieli się i żartowali, albo skar-