Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żyli się na upał i muchy, niezbyt odporni wobec drobnych niewygód. Headingly był superkrytyczny co do kolorytu krajobrazu. Nie mogli teraz zatrzeć w pamięci koloru jego własnej twarzy, kiedy leżał na czarnych kamieniach. Sadie szczebiotała o modach angielskich i o paryskich gałganach. Teraz przycisnęła się napół żywa do kuli drewnianego siodła, a w głowie jej, jak czerwona gwiazda nadziei, wschodziła myśl o samobójstwie.
Ludzkie uczucia, inteligencja, rozumowanie, wszystko to znikło, przepadło, — zostało brutalne upokorzenie przez siłę. A tymczasem gdzieś u zakrętu skalnego, czekał na nich ich parowczyk, salon, białe obrusy, błyszczące szklanki, najnowsza powieść i dzienniki londyńskie. Nawet obdarzeni najmniej lotną wyobraźnią, między nimi widzieli to wszystko dokładnie: biała zasłona, pani Schlesinger w wielkim żółtym kapeluszu od słońca, pani Belmont na ogrodowem krześle. Leży to niemal w polu ich widzenia ten pływający okruch ich domowego życia, a każde chybotliwe i ciche stąpnięcie wielbłądów oddala ich w beznadziejność. Dziś rano jeszcze jak ojcowsko czuwała nad nimi Opatrzność, jakie wesołe było życie, — pospolite może trochę, ale jakie pełne uroku i spokoju!