Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ V.

Wielbłądy, jedne płowe, inne białe, klęczały długim sznurem, poruszając rytmicznie żującemi szczękami i kołysząc wdzięcznie osadzonemi łbami w jakiś niemal zalotny sposób. Przeważnie były to śliczne stworzenia, wysmukłe, o płynnej linji karku — co oznacza dobrą rasę. Znajdowało się jednak między niemi kilka okazów mniej zgrabnych, z sierścią nieczyszczoną i zeszpeconą przez czarne plamy od dawnych wypalań. Te przeznaczone były do noszenia ciężarów i łagwi z wodą. Ale parę minut wystarczyło, by zdjąć z nich ładunki i przygotować miejsce dla jeńców. Nie skrępowano nikogo, z wyjątkiem księdza Stuarta. Arabowie zrozumieli bowiem, że to jest duchowny, a przyzwyczajeni w myśli łączyć religję z okrucieństwem, wzięli jego dziki wybuch za fakt całkiem naturalny i uważali