Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Hurrah! Hurrah! Merveilleusement bien! Vivent les Anglais! Vivent les Anglais!“ — wył podniecony francuz, kiedy czoło kolumny wielbłądów zaczęło się wychylać z za skał.
„Uważajmy!“ — wołał do Belmonta pułkownik. — „Mogą nas jeszcze zabić, skoro zobaczą, że wszystko stracone. Znam ich obyczaje, musimy być przygotowani na wszystko. Czy może pan wziąć na siebie tego jednookiego zbira? Ja sobie zastrzegam tamtego wielkiego murzyna, jeżeli tylko uda mi się go ścisnąć! Panie adwokacie, pan musi robić to samo co my. Monsieur Fardet, comprenez-vous? II est nécessaire. Musimy zabić tych chamów, zanim rzucą się na nas. Ty, dragomanie, powiedz obu sudańczykom, że mają być gotowi... ale, ale...“ — słowa jego załamały się w szept i zachwiał się na nogach. „To Arabowie...“ — wybełkotał nie swoim głosem.
Z całego ciężkiego dnia ta chwila była najcięższa. Szczęśliwy ksiądz Stuart leżał w piachu, plecami do wielbłąda i chichotał się radośnie z jakiegoś figlika, którego mu spłatały małe robotnice — komóreczki, zabiegając koło naprawy domu. Na twarzy jego malowało się rozbawienie i uciecha. Ale inni... — jakże strasznie czuli się wszyscy w tej chwili!