Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kobiety płakały. Mężczyźni zapadli znowu w drętwotę, gorszą od łez. Fardet rzucił się twarzą na ziemię, wstrząsany bezłzawym szlochem.
Arabowie dali salwę na powitanie przyjaciół, tamci, wydostawszy się na otwartą przestrzeń, odpowiedzieli na powitania, podrzucając w powietrze strzelby i dzidy. Było ich mniej niż pierwszych, nie więcej nad trzydziestu ludzi, ubrania mieli takie same, czerwone turbany na głowie obok łaciastych kaftanów. Jeden trzymał białą chorągiewkę z nagryzmolonym czerwonym napisem. Ale coś było, co odrywało oczy i myśli jeńców od tych szczegółów. Wszystkich jedna trwoga chwyciła za serce i wszyscy milczeli pod tem samem wrażeniem. W szeregu wojowników pustyni dojrzeli jakąś chwiejącą się postać...
„Kto tam jest z nimi?“ — przemówił wreszcie Stephens. — „Niech panie patrzą, to napewno kobieta!“.
Ktoś siedział na wielbłądzie, ale niepodobna było rozpoznać. Aż kiedy oba oddziały zetknęły się, jeźdźcy rozstąpili się nagle i wtedy prawda wyszła na jaw niezbicie.
„To biała kobieta!“
„Statek wzięty!“