Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chylił twarz, podniósł do oczu splecione palce i wytężył wzrok w kierunku dalekich pagórków na wschodzie. Belmont poszedł za nim spojrzeniem i... Tak, niezawodnie, coś się tam ruszało! Widział połysk metalu i rozwiewne plamy białego ubrania. Derwisz, stojący na czatach, dwa razy obrócił wielbłądem na znak niebezpieczeństwa i dał strzał w powietrze. Jeszcze odgłos nie dogasł, kiedy już wszyscy siedzieli na siodłach, arabowie i murzyni. Znowu chwila, a wielbłądy były na nogach i zaczęły iść wolno w kierunku niebezpieczeństwa. Kilku zbrojnych ludzi otoczyło jeńców, nabijając w ich oczach karabiny, jak gdyby dla pogróżki.
„Przebóg, ludzie na wielbłądach!“ — krzyknął Cochrane. Wszystkich mąk swych zapomniał na widok nadjeżdżających. — „To muszą być nasi!!“ — W ogólnem zamieszaniu udało mu się uwolnić ręce z postronków, któremi były skrępowane.
„Są żwawsi, niżem przypuszczał,“ — mówił Belmont, z oczyma błyszczącemi z pod krzaczastych brwi. — „Przybywają o dobre dwie godziny wcześniej, aniżeśmy mieli prawo oczekiwać. Hurrah! Monsieur Fardet, ça va bien, n’est — ce pas?“