Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raźliwie kaszlać, zanosząc się w ustawicznych spazmach, jak człowiek, który się zachłysnął przy jedzeniu. Po chwili jego płonące policzki zaczęły blednąc, z krtani dobywało się jakieś bulgoczące rzężenie, wreszcie, uderzywszy się ręką po ustach, zwalił się na bok. Murzyn chrząknął z zadowolenia i wsunął z powrotem nóż pod rękaw. Tymczasem dwuch arabów chwyciło dygoczącego w bezsilnej złości pułkownika i zawlokło z powrotem ku towarzyszom. Skrępowano mu ręce postronkami i ciśnięto, pełnego niemej goryczy, tuż przy obłąkanym niekonformiście.
Tak poszedł Headingly, poszedł Cecil Brown i napół przytomne oczy towarzyszów przechodziły od jednej bladej twarzy ku drugiej, śledząc kto teraz z kolei ubędzie z płochego korowodu jeźdźców, na których dziś rano patrzono z pokładu Koroska, gdy wyruszali na tle modrego nieba poranku. Dwuch z nich już nie stało, a trzeci postradał zmysły. Przejażdżka dla przyjemności doszła chyba do zenitu.
Fardet, francuz, siedział sam, z brodą opartą na rękach, z łokciami na kolanach, wpatrzony z rozpaczą w pustynię. Magle Belmont zobaczył, że się zrywa i zadziera głowę jak pies, kiedy usłyszy nieznajome kroki. Na-