Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wsze. Już uprzednio rabusie przeszukali mu kieszenie, ale teraz postanowili ściągnąć z niego ubranie, żeby się przekonać, czy czegoś nie ukrył. Ohydny murzyn w srebrnych kolczykach wykrzywiał się i szwargotał w samą twarz młodemu dyplomacie. Niezamącony spokój Browna i jego obojętne oczy wydały się pułkownikowi czemś bohaterskiem i niemal nadludzkiem. Rozpięli mu ubranie, wielka czarna łapa murzyna wsunęła mu się na plecy i rozdarła koszulę aż do pasa. Na odgłos rozdzieranego płótna i pod dotknięciem chamskiej dłoni ten człowiek, wykwintny w każdym calu, ten skończony twór dziewiętnastego wieku, wyszedł z równowagi i stał się dzikim w zapasach z dzikimi. Ogień zalał mu twarz, nozdrza rozdęły się, szczękał zębami jak w febrze. A oczy, te wiecznie senne lub łagodnie mrugające oczy, zaczęły miotać płomienie. Rzucił się na murzyna i począł go okładać słabo, ale z pasją, tak jakby biła kobieta: ze zgiętym łokciem i otwartą dłonią. Murzyn uchylił się na mgnienie, zaskoczony tym nagłym wybuchem wściekłości, ale zaraz z gwałtownym rykiem dobył noża z pod szerokiego rękawa i waląc nim na oślep przed siebie, trafił pod wysunięte ramię przeciwnika. Brown przysiadł pod ciosem i zaczął kaszlać, prze-