Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Za daleko pan idzie. Powinniśmy usłyszeć, co ma do powiedzenia.“
Cochrane wzruszył ramionami. Skutkiem dzisiejszych przejść stał się drażliwy i musiał zagryźć wargi, żeby powstrzymać cierpką odpowiedź. Oddalił się zwolna sztywnym, wojskowym chodem.
„Zatem, co mówił?“ — zapytał Belmont, patrząc na dragomana równie surowo, jak pułkownik.
„Zdaje się być trochę lepiej usposobiony, niż poprzednio. Powiedział, że gdyby miał więcej wody, dałby nam, ale sam jest zaopatrzony niedostatecznie. Mówi, że jutro dojedziemy do źródeł Selima i wszyscy będziemy mieli wody poddostatkiem. Wielbłądy także.“
„Czy nie powiedział, jak długo będziemy tu stali?“
„To tylko krótki postój“ — mówił — „zaraz ruszymy. O, panie!...“
„Milcz!“ — huknął Irlandczyk i zaczął na nowo obliczenia. Jeżeli wszystko poszło jak myślał, jeżeli żona umiała wpłynąć na gnuśnego kapitana i natychmiast dano znać do Halfy, to pogoń powinna już być w drodze. Egipskie oddziały wielbłądzie i konne, powinny przy księżycu iść prędzej i lepiej niż w dzień.