Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiedział, że w Halfie był zwyczaj, iż trzymano przynajmniej jeden szwadron gotowy do wymarszu. Był kiedyś na obiedzie w koszarach i oficerowie mówili, jak prędko mogą puścić się w drogę. Pokazywali mu naczynia z wodą i paszą, przygotowane przy każdym wielbłądzie i podziwiał świetną organizację, nie przeczuwając ani na mgnienie, ile to dla niego zaważy. Stać się to wszystko powinno na jakąś godzinę przedtem, zanim ruszą z obecnego postoju. Będzie więc to godzina na czysto zarobiona. Może jutro rano...
Myśli jego zostały w straszny sposób przerwane. Pułkownik, rzucając się jak warjat, ukazał się na szczycie najbliższej wydmy, u rąk jego wisieli dwaj arabowie. Twarz miał purpurową ze wzburzenia, szarpał się i wił w nieludzkim wysiłku, aby się oswobodzić. — „Przeklęci zbrodniarze!“ — ryczał, a zobaczywszy towarzyszów, zawołał wielkim głosem: — „Zabili Cecila Browna!“
Rzecz tak się miała. W napadzie podrażnienia Cochrane zawlókł się na najbliższą wyniosłość i zobaczył w kotlince z drugiej strony grupę wielbłądów, a za niemi głośno krzyczących, rozgniewanych ludzi. Środek sceny stanowił Brown, blady, z ciężkiemi powiekami, podkręconym, ostrym wąsikiem, leniwy jak za-