Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na mężczyzn, ani na kobiety, o ucieczce przecie nie mogło być mowy. Emir podszedł raz do nich, głaskał palcami kruczo-czarną brodę i przypatrywał się im w zamyśleniu ciemnemi, groźnemi oczyma.
Panna Adams zauważyła z przerażeniem, że wzrok jego ciągle kieruje się ku Sadie.
Widząc ich cierpienie, wydał rozkaz i murzyn przyniósł łagiew z wodą. Była ciepła i mętna, przeszła zapachem skóry, ale jakąż rozkosz dała ich spiekłym podniebieniom!... Emir powiedział coś krótko do dragomana i odszedł.
„Panie i panowie...“ — zaczął Manzor, wpadając z nawyku w dawny ton, ale spojrzenie pułkownika wtłoczyło mu słowa z powrotem do gardła. Wybuchnął wtedy długą, płaczliwą samoobroną:
„Co miałem robić? “ — jęczał. — „Nóż czułem już na samej szyi.“
„Poczujesz stryczek na szyi, jak tylko będziemy w Egipcie“ — warknął dziko Cochrane. — „Tymczasem...“
„Słusznie, pułkowniku“ — wdał się Belmont — „ale w naszym własnym interesie jest wiedzieć, co mówił naczelnik.“
„Co do mnie, nie chcę mieć nic wspólnego z tem plugastwem.“