Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Halfy i może żona jego jest w tej chwili tam, gdzie on patrzy. Nacisnął kapelusz na oczy i jechał w ponurem milczeniu, przygryzając twardego wąsa.
Słońce powoli skłaniało się ku zachodowi i cienie ich poczęły włóczyć się od strony, w którą rwały się ich serca. Ochłodziło się, zerwał się powiew pustynny i szemrał po sfalowanej równinie. Emir na czele pochodu przywołał do siebie adjutanta i obaj wypatrywali z pod podniesionych do czoła dłoni jakiegoś granicznego znaku. Wielbłąd naczelnika, pochrząkując z zadowolenia, obsunął się raptownie na kolana, potem na zady i upadał w trzech łamanych szarpnięciach, aż dopóki całym brzuchem nie przywarł do ziemi. Każdy z następnych, doszedłszy do tego samego punktu, przyklękał podobnie, wreszcie wszystkie leżały wyciągnięte pod sznur. Jeźdźcy pozeskakiwali z siodeł i rozłożyli przed wierzchowcami szmaty z sieczką, bo żaden dobrze wychowany wielbłąd nie będzie jadł z ziemi. W pogodnych oczach zwierząt, w ich spokojnym, powściągliwym sposobie jedzenia i we wdzięcznych ruchach było coś kobiecego i układnego, jak gdyby w samem sercu pustyni stróżowały podżyłe, a schludne dziewice.
Na jeńców nikt nie zwracał uwagi, ani