Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pocięta pasami okrągłego żwiru, które dochodziły aż do błękitnych wzgórz na widnokręgu. Bronzowe garby tych pasów na żółtym piachu były tak regularne, że wyglądały jak ciemne bałwany burzącego się wściekle na głębinach morza. Tu i ówdzie czepiała się kamieni jakaś licha kępka wielbłądziej trawki, podobnej do zielonej szałwii. Spalona równia i błękitnawe wzgórza — nic więcej oko widzieć nie mogło. Za nimi leżały świeżo przebyte zjeżone skały z pomarańczowemi żlebami piasku. A gdzieś daleko wąska smużka zielona znaczyła linję rzeki. Jakim lubym chłodem kusiła ta cudna zieleń w oślepłej, potwornej dziczy! W jednym punkcie sterczała nad nią skała, — przeklęta skała, która sprowadziła ich nieszczęście. Za nią rzeka zakręcała i słońce lśniło na wodzie. O! ta lśniąca płynność i budzące się zwierzęce apetyty, brutalne pożądania, które w tej chwili zawładnęły ich duszą! Stracili rodziny, ojczyznę, wolność, wszystko — ale woda! woda! woda! — o tem jednem tylko myśleć byli zdolni. Ksiądz Stuart w obłąkaniu swojem zaczął wyć o pomarańcze i nad ich siły było słuchać jego krzyków. Jedynie twardy, surowy irlandczyk okazał się wyższy nad cielesne pożądania. Miejsce, w którem się rzeka błyszczy, musi być niedaleko