Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


postarajcie się przebić ją wejrzeniem, a niejednokrotnie błyśnie wam z pod niej dobre, łagodne oblicze.
Straże arabskie patrzyły wielkiemi oczami na ten nagły wyskok księdza, bo wydawał się im szaleństwem, a dla arabów szaleństwo jest zjawiskiem przerażającem i nadprzyrodzonem. Jeden z jeźdźców wysunął się naprzód i zamienił parę zdań z emirem. Wróciwszy, powiedział coś towarzyszom i dwaj z nich podjechali do księdza, towarzysząc z obu stron jego wielbłądowi, jak gdyby pilnowali, żeby z niego nie spadł. Przyjazny murzyn zbliżył się do pułkownika i coś mu szepnął.
„Zatrzymamy się za chwilę“ — oznajmił Cochrane Belmontowi.
„Chwała Bogu. Dadzą nam może wody. Niepodobna tak dłużej wytrzymać.“
„Powiedziałem Tippy Tillemu, że jeżeli nam pomoże, postaram się, by go znowu przyjęto do Bim-Baszy. Zdaje się być dobrej woli, byle tylko coś mógł. Boże mój, widzi pan — rzeka!“
Do tej chwili, droga ich szła po nawianych piaskiem krzesanicach z poszarpanemi stokami tak, że trudno było pojąć, w jaki sposób wielbłąd może się na nie wspinać; teraz otworzyła się szeroka, falista przestrzeń,