Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Giermek podał mu chustkę, zadowolony, że rycerz nie domyśla się prawdziwej przyczyny tego zbyt obfitego potnienia. Wkrótce wszakże zauważył Don Kiszot, że hełm inaczej dziś niż zwykle na głowie mu leży, zdjął go, a spostrzegłszy twaróg, rozgniewał się mocno.
— Niegodziwy zdrajco! zawołał — serem będziesz mi szyszak napychał?
Sanczo stropił się na razie, wnet wszakże do głowy mu strzelił koncept.
— Widzę — rzekł — że i mnie czarownik zaczyna prześladować, aby mnie pozbawić łaski mego pana. Ale wielmożny pan jest od niego mądrzejszy. Wielmożny pan dobrze wie, że ja wolałbym twarogiem napchać mój brzuch, aniżeli hełm, który sera wcale nie jest głodny.
— To prawda — przyznał ułagodzony rycerz, oczyścił twarz, wytrząsnął twaróg z szyszaka, utwierdził się na siodle i gotów do boju, z wysuniętym oszczepem, zawołał.
— Niech się zbliży, kto chce. Czuję w sobie taką odwagę i siłę, że zmierzyłbym się nawet z djabłem!
Wózek z powiewającą chorągiewką, ciągniony przez muły, przybliżył się zwolna. Kierował nim jeden człowiek.
Don Kiszot stanął na drodze i wykrzyknął.
— Kto jesteście? Dokąd jedziecie? Co to