Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A czy nam darują życie — zagadnął inny.
— Cicho na Boga Atkinsie! — zawrzeszczał Robertson, — nie odzywaj się ty przynajmnéj sprawco wszystkiego złego. Jeżeliś przyczynił się do uwiedzenia tych biednych ludzi, swym bezbożnym językiem, to nie pozbawiajże ich życia przez dłuższe ociąganie.
— Wszyscy otrzymacie przebaczenie — zawołał kapitan, — wszak znacie mój głos.
— To głos kapitana — zawołał Smith.
— A zatém wszystkim obiecuję łaskę — powtórzył, — wyjąwszy Willa Atkinsa.
— Na miłość Boską, przebacz mi kapitanie — zawołał Atkins, — alboż już jestem tak bardzo złym, żebym się nie mógł poprawić.
— Tyś pierwszy rzucił się na mnie i skrępował — odrzekł kapitan, — dla ciebie nie ma przebaczenia!
— Łaski! łaski! kapitanie! — zawołali drudzy.
— Złóżcie wprzódy broń buntownicy — zagrzmiał głos kapitana, — potém będziemy mówili o łasce.
Natychmiąst wichrzyciele broń złożyli, a kiedyśmy ich związali i zaprowadzili do lasku, kapitan przemówił surowo przedstawiając całą obrzydliwość i niegodziwość występku, jakiego się dopuścili, oraz smutne następstwa popełnionéj zbrodni.
— Chcieliście mię zostawić na wyspie bezludnéj — dodał kończąc przemowę, — ale Bóg inaczéj rozrządził. Wyspę tę ma pod swą władzą gubernator angielski, jego więc błagajcie o przebaczenie, gdyż ja tu nie mam władzy rozkazywania; przechodzicie teraz pod sąd jego.