Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Huk strzałów i jęk padających, był hasłem ogólnego ataku; wypadliśmy na przerażoną hałastrę. Wśród ciemności przeciwnicy nie mogli rozpoznać naszéj liczby, a echo powiększając siłę wrzasku wydanego przez nas, przeraziło ich zupełnie. Korzystając z przestrachu wichrzycieli, nakazałem majtkowi imieniem Robertson, aby zawezwał ich do poddania się na łaskę i niełaskę.
— Tom Smith! — krzyknął Robertson, — poddaj się natychmiast i zawezwij drugich aby to uczynili, bo w téj chwili grad kul was zasypie, nieszczęśliwi!
— Czy to ty Robertsonie? — zapytał Smith z trwogą.
— Ja stary łotrze, twój kolega z duszą i ciałem, skrępowany jak kołowrot kotwiczny. Ci zacni panowie, bodaj im szatan łby poukręcał, trzymają mię jak w kleszczach; zaklinam was zbrodniarze, rzucajcie broń, bo za chwilę i tak ją będziecie musieli puścić, jak wam kule pogruchotają czaszki!
Poklepałem po ramieniu Robertsona za tę dzielną przemowę, i podałem mu flaszkę z rumem, któréj wcale nie odepchnął.
— Komuż mamy się poddać — zapytał drżącym głosem Smith.
— Komu? i ten się pyta jeszcze komu? Wytrzeszczże lepiéj oczy nietoperzu: czyż nie widzisz pięćdziesięciu muszkieterów, których gubernator oddał pod dowództwo kapitana; daléj plackiem na ziemię! sternik już poszedł do swego kmotra lucypera, Will Fry oddaje bluźnierczą duszę w jego szpony, czy chcecie żeby i wasze powędrowały do piekła, niegodziwcy!