Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sobie wystawić nie zdoła ich pomieszania i przestrachu, gdy ujrzeli ją w podobnym stanie jak pierwszą. Z zajęciem słuchałem ich niedorzecznych uwag: jednym zdawało się że to uczynili dzicy, inni twierdzili iż to sprawka złych duchów zamieszkujących tę zaczarowaną wyspę.
— Wszak wam już w lesie mówiłem — dowodził sternik, — że nas zły duch wodzi po tych przeklętych bezdrożach, gdzie sobie nogi pozbijałem; toż głos ich zupełnie odmienny od ludzkiego, a wy głupcy utrzymywaliście wciąż, że to wołanie naszych towarzyszy. Łaziliśmy jak niedołęgi po lesie, a tymczasem szatan popsuł nam czółno, i jeszcze trzem pozostawionym łby poukręcał. I cóż teraz poczniemy?
Wrzący zapalczywością kapitan, chciał natychmiast uderzyć na wichrzycieli, ale go powstrzymałem, tłumacząc że wśród ciemności walka mogłaby wziąść zły obrót, i łatwo który z naszych ledz od wystrzałów.
Podczas téj cichéj rozmowy, sternik główny podżegacz buntu wpadł w największą trwogę, wołał kilkakrotnie zaginionych towarzyszy, a gdy mu żaden nie odpowiadał, zaczął sobie z rozpaczy wyrywać włosy, płakać i załamywać ręce.
Widząc że już dłużéj nie zdołam powstrzymać kapitana, poleciłem mu aby w towarzystwie podróżnego podpełznął ku sternikowi, i z nim najprzód skończył. Wkrótce znajdowali się obaj zaledwie o trzydzieści kroków od niego. Wśród ciszy nocnéj, przerywanéj tylko wyrzekaniami majtków, rozległy się dwa silne strzały. Od pierwszego legł sternik, podróżny zranił drugiego z naczelników tak ciężko, że w godzinę późniéj ducha wyzionął.