Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łem ją z wierzchu podwójnym pokładem liści kokosowych; u góry bambusy przytwierdziłem pizangowemi włóknami.
Chata ta była z dwóch stron otwarta, zagrodziłem ją ściankami, wtykając w ziemię odpowiedniéj długości żerdki bambusowe i przeplatając je dla mocy gałązkami chrustu, podobnie jak u nas robią płoty. Z jednéj strony zrobiłem drzwiczki do wpuszczania i wypuszczania kóz.
Tak więc towarzyszki mego wygnania, miały bardzo wygodne mieszkanie, chroniące je zarówno od upału jak i od deszczu.
Wkrótce przyzwyczaiły się do swéj stajenki, i przed wieczorem same podchodziły do drzwiczek, naprzykrzając się bekiem, aby je wpuścić do środka. W dzień jednak miałem z niemi dużo kłopotu. Puszczać wolno na paszę było nieroztropném, bo mogły uciec do lasu i więcéj nie wrócić, a gdy wyszedłszy na polowanie uwiązałem je do drzewa, to znowu biedne zwierzęta nie mogły się najeść do woli, i udój był bardzo skąpy.
Jednego dnia wracając z polowania obciążony ubitym zającem, stąpiłem na coś ostrego i przebiłem sobie nogę; krew lała się ciurkiem i zaledwie zdołałem ją zatamować.
Cierń kaktusowy nie mógłby przebić tak głęboko nogi: zacząłem więc szukać sprawcy méj rany, i znalazłem... ostry krzemień. Jeżeli ból dokuczył mi bardzo, to chętnie jeszcze raz dałbym się skaleczyć za tak kosztowny nabytek. W pierwszéj chwili zapomniałem o bólu, a dobywszy nieodstępnego noża, począłem krzesać ogień; widok dyjamentów nie zachwyciłby mię tak, jak te prześliczne od tylu miesięcy nie widziane iskry.