Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spieszyłem do domu jak mogłem, pomimo dokuczającego cierpienia, lecz zaledwie w wieczór ukazała się luba zagroda. Mimo najgorętszego pragnienia, nie można było myśleć o roznieceniu ognia, bo do tego trzeba próchna lub hubki, suchych liści i gałązek, a tego wszystkiego nie było.
Szukać po nocy niepodobna, témbardziéj z zranioną nogą; trzeba wszystko odłożyć na jutro.
Kładąc się spać, gdy jak zwykle ukląkłem do pacierza, zacząłem rozważać jak wyraźnie Stwórca opiekuje się mną: oto od czasu powstania z choroby, już drugiego wielkiego doznałem dobrodziejstwa. Najprzód niewiadomym sposobem przybłąkały się do mnie kozy, których mleko było mi dobroczynnym balsamem w cierpieniu. Teraz znowu ogień, do którego tak długo nadaremnie tęskniłem, niespodziewanie się zjawia. Ze łzami dziękowałem Stwórcy, i przepełniony radością usnąłem.
Któż nie domyśli się, że na drugi dzień rano pierwszą moją myślą było rozniecenie ognia. Co chwila budziłem się w nocy, bo mi szczęście moje spać nie dawało, a gdym zasnął, wciąż mi się śniło, że siedzę przed wielkim płomieniem. Od czasu zamieszkania na wyspie, nie doświadczyłem takiéj radości.
Ale snać podobało się Panu Bogu wystawić mię na ciężką próbę. Już w nocy czułem mocny ból w nodze, a kiedy ją z rana obejrzałem, cała podeszwa była spuchnięta. Pomimo moczenia w wodzie, przez cztery dni stąpać nie mogłem, i gdyby nie zapas żywności, głód byłby mi się dał dobrze we znaki.
Przez ten czas zatrudniałem się sporządzeniem nowego parasola. Stary zrobiony z kokosowych liści, wcale był do-