Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale nietylko daktyle znajdowały się na wybrzeżu; zbliżywszy się ku niemu, ujrzeliśmy liczną gromadę murzynów; wszyscy byli bezbronni: jeden tylko stojący na przodzie długi kij trzymał w ręku.
— Nie przybijaj do lądu! odpłyń natychmiast — wołał Xury.
— Dlaczego!?
— Ten murzyn co stoi na przodzie, trzyma w ręku dziryt; umieją oni rzucać nim bardzo zręcznie na sześćdziesiąt kroków, może nas zranić.
— Cóż więc uczynimy? wiész, że nam żywności całkiem zabrakło, trzeba jéj koniecznie dostać. Weź strzelbę Xury i miéj go na celu, ja wysiądę; gdyby chciał rzucić dzirytem, połóż go trupem.
Wysiadłem z łodzi, trzymając także strzelbę gotową do wystrzału; ale zaledwie dotknąłem nogą ziemi, gdy nagle między murzynami powstał popłoch niezmierny. Człowiek tylko uzbrojony dzirytem nie ruszył się z miejsca, reszta pierzchła w nieładzie. Mniemałem że to moja osoba napędziła im takiego respektu, lecz wtém wybiegł ogromny lampart z poza krzaków blizkich ku murzynom. W mgnieniu oka wziąłem go na cel i wypaliłem; lampart podskoczył, zawył przeraźliwie i rozciągnął się jak długi.
Dzicy przerazili się hukiem wystrzału i niepojętą dla nich śmiercią lamparta. Murzyn trzymający dziryt rzucił go daleko od siebie i padł na twarz; inni to samo uczynili i cała gromada zaczęła pełzać ku mnie na czworakach z największém uszanowaniem, co mię do śmiechu pobudziło. Znać wzięli mię za boga miotającego piorunami. Postanowiłem z tego skorzystać i zacząłem na usta pokazywać, ruszając