Strona:PL Chrzanowski Ignacy - Biernata z Lublina Ezop.djvu/504

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O tym Żydowi. Stanąć tedy każe.
A sam z rusznicy, skoro się pokaże
Niedźwiedź okrutny na dwie łapy stanie,
Strzeli chłop trafi: ale przy tej ranie
Niedźwiedź się porwie i rzuci mym chłopem
O ziemię, jako najlżejszym to snopem.
Potem go weźmie łamać: aż mu kości
Trzeszczą, i duchy zabija wnętrzności.
Chlop był zwyczajny i wiedział. że mają
Zwyczaj niedźwiedzie, gdy ludzie chwytają,
Słuchać: jeżeli ma ducha i czy tchnie.
Nałamawszy go, pysk do niego przytknie,
Znowu go łamie i znowu go słucha,
Jeżeli strzelec ma co jeszcze ducha.
Strzelec też w sobie duch mocno zataił,
I niedźwiedź także już się był uziaił.
Poszedł tedy precz niedźwiedź ukrwawiony,
A chłop, choć żywy, lecz strasznie zmorzony,
Po dobrej chwili arendarza woła,
Który od strachu schował się pod koła.
Woła, jak może, by prędko przychodził,
I że mu niedźwiedź nie będzie już szkodził.
Żyd wpół zdechł z strachu, długo nie odzywa,
Aż się nakoniec, z pod woza dobywa.
Drży bardziej, niż chłop, ogląda się wszędzie,
Przecię, go zwlększy, gorzałki dobędzie,
Posili strzelca, powoli prowadzi
I na wóz mego pacyenta wsadzi.
Jadąc, arendarz mój się już ośmieli,
I dyszkurować o przypadku wzięli.
Ale najbardziej Żydowi się zdało
To najdziwniejsza i pytać się chciało: