Strona:PL Chrzanowski Ignacy - Biernata z Lublina Ezop.djvu/503

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Autorem, co się na Polatsuioes'ł
Kędy niedźwiedziów prawdziwie niemało;
A zatym strzelców także też jest wiele,
Którzy bez myślistw sami chodzą śmiele,
Bo z samopałem i kundlem przy boku
I kilkanaście niedźwiedzi do roku
Jeden zastrzeli. Z takich jeden śmiałych,
Zręczniej od drugich, od czasów niemałych,
Wsławił się strzelec; że zaś był pijakiem,
Cokolwiek swoim zarobił półhakiem,
To wszystko przepił i skóry niedźwiedzie
Do arendarza ustawicznie wiedzie.
Tym on u Żyda kredytu dostąpił,
Że mu gorzałki na kredyt nie skąpił;
A razem skóra niedźwiedzia płaciła,
Na którą on pił, jakby w skrzyni była.
Raz napił siła, że mu się Żyd przykrzy,
Chłop sobie w karczmie {jako mówią) wichrzy.
Nazajutrz znowu Żyd się deklaruje,
Że mu już więcej trunku nie borguje.
Strzelec mu rzecze: „Przyjedźże już z wozem
„Do wsi, a skórę niedźwiedzią ci złożem“.
Żyd rano jedzie, a było to zimie,
Naprzód gorzałki Żyd częstować wyjmie,
Potym o skórę niedźwiedzia się pyta:
Strzelec mu mówi, że niepospolita
Ta skóra, że ją w chałupie nie chowa,
Ale że w lesie blizkim jest gotowa.
Więc i do lasa Żyd z nim wozem jedzie
I na swe miejsce, jak rozumiał, wiedzie.
A tam o blizkim legowisku wiedział
Niedźwiedzim strzelec, ale nie powiedział