Strona:PL Cecylia Niewiadomska - Za późno.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co to za życie!
Wzrok jej mimowolnie spoczął na starym, zniszczonym słowniku, leżącym obok. Odziedziczyła go po stryju i z tą pamiątką weszło tu jego wspomnienie. Zosia nie odpycha go teraz, chociaż budzi w niej zawsze dziwny i przykry niepokój. Stara, pożółkła książka jest jej użyteczna, stryjowi lat tyle służyła też wiernie, otóż znalazło się przecież coś wspólnego pomiędzy nimi. Gdy wszyscy zasną, ona, jak tamten samotnik, siedzi w swoim pokoju i pracuje. Uczy się po niemiecku, a ile razy sięgnie po słownik, spojrzy na wytartą, splamioną okładkę — przypomina sobie starego dziwaka.
Lecz bez goryczy, przeciwnie z jakimś smutnym żalem. Kiedy przewraca kartki i widzi na nich ślady rąk jego, ogarnia ją czasem wzruszenie. Ten martwy przedmiot był świadkiem, sługą myśli, która istnieć przestała; był towarzyszem człowieka, który nie miał innych przyjaciół jak książki, którego życie było zagadką, dziwną i smutną...
Chwilami wydaje jej się, że jakaś wina ciąży na niej.
Przecież ten dziwak w gruncie rzeczy dla nich pracował całe życie, oddał im wszystko, co miał, dał naukę, zapewnił przyszłość, a ona cóż mu oddała wzamian, oprócz zimnych pieniędzy?... Nie lubiła go, tak, to prawda... Czy miała prawo go nie lubić?... Czy to nie była jej wina?...
Coraz częściej i częściej nasuwa jej się to pytanie i nie może znaleźć na nie odpowiedzi. To jest męczące. Może on nie byłby takim, gdyby serdeczniej, szczerzej zapragnęła znaleźć drogę do jego