Strona:PL Cecylia Niewiadomska - Za późno.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Uderzenie dziesiątej było hasłem rozejścia; gospodarz wstawał pierwszy, nauczycielka z dziećmi oddalała się również, a wpół godziny potem gasły gościnne światła w białym dworku, większość mieszkańców spała snem spokojnym, i Zosia była wolna.
Obok szkolnego pokoju, będącego zarazem sypialnią dziewczynek, był mały pokoik Zosi. Stąd długo w noc jeszcze przez szpary okiennic jasne smugi światła padały na miękki kobierzec śniegu, rozesłany pod oknem na kwiatowych grządkach.
Zosia, zostawszy sama, nie kładła się nigdy od razu: tyle miała zajęcia! Najprzód potrzebowała policzyć się z sobą, zastanowić nad dniem ubiegłym, nad tym, który nadejdzie; potem pomyśleć trochę, swobodnie, spokojnie... potem popracować.
Usiadła przy stoliku, założonym książkami i wsłuchała się w ciszę. Ona już wiedziała, że cisza mówi, kto jej słuchać umie. Do niej przemawiała zawsze, a Zosia z dziwną tęsknotą czekała na tę rozmowę. Czyż dawniej przyszłoby jej na myśl, że milczenie jest tak wymowne?... Czy tak przemawiało i do stryja?...
Rzecz dziwna, Zosia myśli teraz o stryju daleko częściej, niż za jego życia. Lada drobnostka stawia jej go przed oczyma, widzi przed biurkiem pochyloną postać: siedzi i pisze; niekiedy spogląda wgórę przez wierzch okularów i znowu pisze, dużym, prostym charakterem. Lampa się pali, w pokoju milczenie, godziny nocy upływają, a on pisze i pisze, by wkońcu zmęczony rzucić się na twarde łóżko, stojące o kilka kroków.