Strona:PL Cecylia Niewiadomska - Za późno.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jadł szybko, bardzo szybko i odchodził zaraz. Mimo to dzieci bały się go bardzo, jak stracha. Dość, aby na które spojrzał przez wierzch okularów swemi strasznemi czarnemi oczami. Póki był w biurze, czuły się swobodne, lecz skoro tylko powrócił do domu, milkły jak trusie, nie śmiały się sprzeczać, ani bawić głośno: coś ciążyło nad niemi, choć nie widziały go wcale, choć był zamknięty w swoim pokoju z książkami.
Nie od razu wytworzył się taki stosunek; z początku dzieci, przyzwyczajone do pieszczot, czuły potrzebę przygarnięcia się do niego, on je odepchnął. Tak jest, była tego pewna: odepchnął je, bo nie miał serca. Przecież gdy dnia pierwszego po obiedzie chciały swoim zwyczajem pocałować go w rękę, usunął ją tak szybko, jak gdyby się sparzył; zarumienił się nawet z oburzenia.
— Dobrze, dobrze, nie potrzeba — odezwał się swoim suchym i bezdźwięcznym głosem.
Odtąd nie śmiały zbliżyć się do niego i z daleka tylko dygały, jak kazała Maciejowa.
Z wiosną przeprowadzili się do większego mieszkania z ogródkiem na Ogrodowej ulicy. Radość była ogromna. Dzieci miały duży pokój od ogrodu, w którym mogły dzień cały bawić się na świeżem powietrzu, kopać, siać, sadzić, co im się podobało. Szczęście nie miało granic: Maciejowa gderała, Adaś spadł z drzewa, na które usiłował się wdrapać, Mania pokłuła rękę o krzak róży, ale to wszystko nie psuło humoru. Zosia śpiewała, ile głosu w piersi stało, dzieci wtórowały jej z całym zapałem; do obiadu hałas i wrzawa nie usta-