Strona:PL Cecylia Niewiadomska - Za późno.djvu/09

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mogłaby była go pokochać, gdyby... gdyby chciał tego. Prędko jednakże zgasły w niej myśli podobne: w domu stryja o kochaniu nikt nie mówił, a on sam prawdopodobnie nie wiedział nawet, co to znaczy.
Dziwny człowiek, tak niemiły i niesympatyczny. Przywiązać się do niego — czyż to podobieństwo? — Wydało jej się, że widzi przed sobą wysoką, chudą postać, trochę pochyloną, w niebieskich okularach i zaniedbanem ubraniu. Dzieci bały się go bardzo, choć możnaby mniemać, że nie patrzy na tę gromadkę, zasiadającą codziennie u jego stołu... Gdzie on patrzał?... Co widział? — Czy widział co ten roztargniony dziwak?
Był urzędnikiem w Banku i wracał z biura o 4-ej; jadł obiad, a po obiedzie zamykał się w swoim pokoju i najczęściej nie wychodził stamtąd już dnia tego.
— »Pisał książki« — jak mówiła stara Maciejowa, która rządziła wszystkiem i miała w domu władzę nieograniczoną. Dla sierot była dobra, ale nie serdeczna. Pamiętała o ich potrzebach, żywiła je uczciwie, ubierała czysto, nie szczędziła nauk moralnych, ale nie pieściła nigdy, nawet najmłodszej Mani, do której miała słabość. Stryj widywał dzieci najczęściej raz tylko na dzień, przy obiedzie i zwykle nie odzywał się do nich. Taki już był milczący. O czemby on zresztą mógł mówić? Przecież nie o potrawach, bo zdawało się, że nie wie, co jest przed nim na talerzu. Nie o zabawach dziecinnych, bo tych może nigdy nie widział; więc o czem?