Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XIX. JUŻ WRÓCIŁ.

W połowie drogi spotkali na cmentarzu hipokondryka.
— Oho! — zawołał starzec — wracacie od grobu ojca? Ja także wracam od swego. Pyszny lokal, powiadam wam, kazałem sobie wybudować; szkoda tylko, że trochę wilgotny, a ja mam reumatyzm. Ale w metalowej trumnie nie da się to uczuć...
No — dodał po chwili oryginał — dziś zapraszam się do was na herbatę.
— Bardzo pana prosimy! — odparł Ludwik, rad, że Zosia będzie miała zajęcie wieczorem.
Ponieważ w bramie był znowu ścisk, nasza więc trójka zatrzymała się pod murem. Tu Lachowicz ze zdziwieniem zauważył jakieś owinięte w futro indywiduum, które, przy blasku kaganków, starannie pisało coś w wielkim katalogu.
— Panie Romanie!... Co pan tu robisz? — zawołał Lachowicz.
Literat (a on to był w samej rzeczy) podniósł głowę.
— A... pan Ludwik. Dawnośmy się już nie widzieli!... — wykrzyknął, podając mu rękę.
Dostrzegłszy jednak dwie osoby nieznajome, spojrzał pytająco na Lachowicza.
Ludwik przedstawił go.
— Pan Roman, literat i mój przyjaciel... Pan... mój protektor... Moja siostra Zofja.
Przypatrzywszy się nieco Zosi, powieściopisarz zamknął