Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


katalog i szeroko otworzył usta. Szybko jednak opamiętał się i z kolei zamknął usta, a otworzył katalog.
— Jedź pan do nas na herbatę, panie Romanie — rzekł Ludwik.
— Zrobiłbym to z największą chęcią, ale... nie jestem przygotowany do wizyty.
— Nic nie szkodzi!... No, więc jedziesz pan z nami?
— Owszem!... ale moje typy... — bełkotał literat, patrząc kolejno to na swój katalog, to na Zosię.
Ostatecznie jednak Zosia zwyciężyła, katalog znalazł się w głębi ogromnej kieszeni, i powieściopisarz wyszedł z towarzystwem.
Hipokondryk podał rękę ciągle milczącej Zosi, a Ludwik z Romanem szli za nimi, przeciskając się wśród tłumu.
— Cóż, piszesz pan jaką powieść?... — spytał Lachowicz.
— Teraz dopiero napiszę coś... cmentarnego. Ale przepraszam za śmiałość, siostra pańska jest zachwycająca! — szeptał literat. — Jak żyję nic podobnego nie widziałem!
Towarzystwo z wielkim trudem odszukało swoje dorożki, które szczęściem stały dość blisko jedna od drugiej.
— No — zawołał starzec — ja z Zosią siadam do mojej...
— Możebyśmy się tu wszyscy pomieścili?... — wtrącił z pośpiechem Roman.
— Będzie panom niewygodnie — odpowiedział starzec szorstko i kazał jechać naprzód.
— Oryginał!... dziki człowiek!... — mruczał gniewnie literat, siadając obok Lachowicza.
— Znasz go pan? — spytał Ludwik.
— A któżby go nie znał? Bogacz, chorujący na protektora sztuk pięknych, a przytem stary kawaler z wyziębłem sercem!
Gdy przyjechali do domu, zastali tam gości: panów Alfonsa i Józefa, którzy nader chłodno przywitali Romana. Obaj ci młodzi ludzie byli pewni, że Sielski, który znikł tak