Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był to cios, na który jednak Sielski nic nie odpowiedział.
Wyręczył go adwokat.
— Musiałeś pan przywieźć ze sobą parę obrazów?
— Nic nie przywiozłem, zarzucam malarstwo! — odparł gniewnie Sielski.
— Dlaczego?
— Wziąłem się do rzeźby.
Na kilku twarzach zarysowały się uśmiechy, lubiący zaś moralizować adwokat ciągnął dalej:
— To zły projekt!... Nie wierzę, aby przy dzisiejszym stanie sztuki, można było bezkarnie przerzucać się z jednej dziedziny do drugiej.
— Nie zapominaj pan o Michale Aniele!... — szepnął ktoś ironicznie.
Znowu kilku uśmiechnęło się.
— Jak oni się nad nim pastwią! — pomyślał literat, pan Roman.
Dziwne zrządzenie losu! Przed kilkunastu miesiącami, w tem samem miejscu, w tem samem towarzystwie, tylko jeszcze w gorszy sposób, żartowano z Lachowicza!...
Sielski opuścił cukiernię zbolały i znękany. Rozumiał on dobrze fatalną zmianę sytuacji, widział, że przeciwnik triumfuje zupełnie, i że o zgnębieniu go mowy być nawet nie może. Przeczuwał, że gdyby wśród zebrania tego odczytał nawet akt, zrobiony z Lachowiczem, wyśmianoby go i potępiono.
Uwaga ta jednak, zamiast skłonić do jakiejś krytyki własnych uczuć i postępowania z Lachowiczem, zwiększyła tylko nienawiść.
— Lachowicz ma szczęście i widocznie intryguje przeciw mnie! — myślał. — Muszę się bronić!...
Na ulicy Sielski usłyszał chód pospieszny. Obejrzał się i poznał literata Romana, który gonił go zadyszany.
Przywitali się po raz drugi. Sielski ciekawy był, czego chce od niego znakomity powieściopisarz in spe; Roman zaś