Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zastanawiał się, w jaki sposób powiększyć może zawartość swego katalogu, nie obrażając Sielskiego.
— Panie Jerzy! — zaczął literat — wiem, że pan żartujesz, mówiąc o porzuceniu malarstwa.
— Powiedziałem to całkiem serjo. Nikt już nie zobaczy moich obrazów.
— Panie Jerzy — ciągnął literat — ja przecież także jestem artystą, a choć prac moich nie widziano jeszcze, zbieram jednak materjały i czuję... Pan wiesz co?... Oto, czuję, że pan nie mogłeś się wyrzec swojej specjalności. Kto raz dotknął pióra albo pendzla, kto raz wstąpił w szranki sztuki, tego od niej żadna siła nie oderwie, chyba śmierć!
— Mówisz pan jak bohaterowie starych romansów — zauważył Sielski.
— Nie, panie; ja mówię jak człowiek, który ma poczucie artystyczne, który sam jest artystą. Dodam więcej: pan musisz wrócić do pendzla, bo zmarnowanie takiego talentu, jak pański, byłoby zbrodnią...
To mieszanie się do jego interesów w każdym innym razie obraziłoby Sielskiego. Teraz jednak słuchał wymówek cierpliwie, a nawet z pewnym rodzajem wdzięczności. I nic dziwnego! Mówiono mu przecież o jego talencie, w który świat przestawał już wierzyć, nie widząc dowodów.
— Tak, panie! — ciągnął literat, zapalając się dźwiękiem i potoczystością własnych frazesów. — Społeczeństwo takie, jak nasze, musi mieć wielkich uczonych, techników, poetów, architektów, malarzy wreszcie, których by sława rozeszła się po całym świecie. Tym tylko sposobem złożymy dowody żywotności.
— Żal mi bardzo — przerwał Sielski — że do liczby tych znakomitości należeć nie mogę.
— Dlaczego? może zacząłeś pan gardzić sztuką?
— Fakta zbijają pańską hipotezę...
— Może oszołomił pana majątek? — ciągnął nieubłagany