Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Witam pana! — zaczął asesor. — Wracasz z wielkiego świata.
— A tak!
— Naturalnie z zapasem obrazów?
— Niekoniecznie.
— Jakoś do knajpiny naszej powoli ściągają zbiegowie — mówił asesor. — Niedawno był tu Lachowicz... Widziałeś się pan z nim?
— Nie.
— Zmienił się, spoważniał, wyładniał nawet. Niech sobie mówią co chcą, ja zawsze jednak utrzymywać będę, że talent prawdziwy wcześniej czy później na wierzch wypłynie.
Sielskiemu zdawało się, że każdy wyraz tej rozmowy jest gwoździem, który mu w ciało wbijają.
Gdy weszli z asesorem do sali, knajpujące zgromadzenie wybuchło okrzykami powitań. Ściskano Sielskiego, mówiono mu, że zmizerniał, wypytywano o szczegóły podróży. Wreszcie wszystko wróciło do zwykłego stanu i towarzystwo do przerwanej rozmowy.
— Nie, panowie! — prawił jeden z literatów — inteligencja nasza wobec Europy nie odgrywa tak znowu małej roli. Mamy przecież sławnych przedstawicieli w każdej gałęzi wyższej działalności ludzkiej...
Popierający go poczęli cytować nazwiska znakomitych lekarzy, inżynierów, podróżników, naturalistów, śpiewaków, a wreszcie i malarzy. W liczbie ich, jako reprezentanta sztuki narodowej, wymieniono Lachowicza.
— O obecnych wprawdzie nie mówi się — wtrącił jeden z adwokatów — mimo to jednak przypominam nazwisko pana Jerzego...
Sielski się oburzył.
— Ja nie należę do osobliwości!
— Owszem, należysz pan, choćby dlatego, że złożywszy dowody talentu, zaniedbujesz się teraz — mruknął ktoś.