Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nigdy...
— To musi jaśnie pan dać zastaw, a ja od Żydków wydobędę pieniędzy.
Dziedzic uspokoił się, znowu usiadł i zapalił cygaro. Żyd po chwilowej przerwie mówił dalej:
— Aj! jaśnie panu to i pod wozem, i na wozie dobrze, ale co ze mną będzie? Ja nawet kwitów nie mam...
Żeby choć był jaśnie pan młyn wystawił, o co tyle lat proszę.
— Nie było pieniędzy.
— Były nieraz i niejedne. Teraz także jaśnie pan wziął trzy tysiące rubli, ale wolał powóz kupić i pokoje wylepić... A nade mną wciąż wisi strach...
— Zarobiłeś na tym interesie z pięćset rubli.
— Możem zarobił, możem stracił, a zawdy wolałbym młyn. Co stoi wsadzone w ziemię, to jest wartość, a z pieniędzmi tylko kłopot i wielkie chodzenie dla złodziejów.
— No — przerwał dziedzic — zaczekaj tu, a ja tymczasem pomyślę o wynalezieniu ci zastawu.
— Niech i tak będzie, kiedy jaśnie pan każe.
Przez cały czas rozmowy ojca ze Szmulem, Anielka pogrążona była w tym przykrym i chaotycznym stanie duszy, jaki zwykle wywołuje obawa. Podrażniona imaginacja bezświadomie usiłowała rozstrzygnąć pytanie: co też powie jej ojciec? — i w odpowiedzi na to tworzyła z przeszłych wspomnień i teraźniejszych wrażeń, obrazy smutne i bezładne.
Dziewczynka parę razy widziała zagniewanego ojca i w tej chwili nie mogła opędzić się przed jego zmarszczonem czołem i najeżonemi brwiami. Ścigały ją błyszczące, wprost na nią zwrócone oczy i dźwięczny, podniesiony głos.
Potem widziała biedną Magdę, którą jakiś człowiek targał za włosy i kopał, a dalej — pannę Walentynę chłodną, ale nieubłaganą, która w milczeniu, ze spuszczonemi oczyma, układała straszny plan przeciw Anielce.