Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Może być.
— Pewnie Gajda?
— Może Gajda, a może i kto mądrzejszy od Gajdy.
Dziedzic dyszał jak lew podrażniony.
— Ha, mniejsza — mówił. — Ależ w takim razie sprzedam majątek i wezmę sto tysięcy rubli gotówką.
— Długów jest więcej — wtrącił Żyd — i te muszą być zaraz spłacone.
— Więc odwołam się do pomocy ciotki i u niej zaciągnę pożyczkę...
— Jaśnie prezesowa już nic nie da... Ona kapitałów nie ruszy, a procenta sama woli tracić.
— To po jej śmierci...
— Aj!... jaka ona zdrowa, to strach! Jeszcze sobie niedawno nowe zęby w Paryżu zakupiła...
— Ale kiedyś umrze...
— A jak, z przeproszeniem, nic jaśnie panu nie zapisze?...
Dziedzic zaczął z gorączkowym pośpiechem chodzić po pokoju. Żyd podniósł się z krzesła.
— Poradźże mi! — zawołał, stając nagle przed pachciarzem.
— Ja wiem, że jaśnie pan nie zginie, choćby i ten Niemiec dobra kupił. Jaśnie pan będzie zawsze żył między jaśnie państwem, a jak (tu Szmul zniżył głos) z przeproszeniem — jaśnie pani kiedy... tego... to jaśnie pan ożeni się.
— Głupiś, Szmulku — rzekł dziedzic.
— To jest prawda, ale pani Weiss ma dwa miljony gotówką. A co sreber, kosztowności...
Dziedzic schwycił go za ramię.
— Milcz! — ofuknął. — Potrzebuję trzystu rubli, i o nich myśl...
— I to można zrobić... — odparł Szmul.
— W jaki sposób?
— Poprosimy pani Weiss...