Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na Boga! co pan robi?... Ależ to straszna odpowiedzialność!... To grozi zesłaniem!...
W dobrem sercu pana Dudkowskiego zbudziła się litość. Już miał puścić chłopca, uczuł nawet potrzebę pogłaskania go, a nawet ofiarowania mu kilku groszy na bułkę, gdy wtem — ktoś z tyłu rzucił się na niego samego i wyrwał mu z rąk chłopca i pręt.
Był to nauczyciel.
— Ot, prawdziwy szlachcic! — mówił napastnik z szyderczym śmiechem. — Niedarmo pan dziś z rana malował batogi!... No, będzieszże pan miał teraz batóg... Zaraz pojadę z chłopcem i świadkami do śledczego...
Hej! ludzie — zawołał do gromady — widzieliście, jak bił tego nieszczęśliwego kalekę?...
— Jakże... widzieliśmy...
— I zaświadczycie o tem przed sądem?
— Zaświadczymy! — wrzasnął Żydek w marynarce, reszcie bowiem nie uśmiechała się rola świadków.
— Pan adwokat także wszystko widziałeś? — pytał dalej nauczyciel, przenosząc chłopca przez płot.
— Niestety! — odparł adwokat — mam krótki wzrok...
— Przecie sam pan wolałeś, ażeby dał spokój?... — oburzył się nauczyciel.
— Boże uchowaj! — odparł adwokat. — Ja, widząc, że pan chcesz się rzucić na tego obywatela, ostrzegałem pana...
Nauczyciel, już z drugiej strony płotu, zwrócił się do pana Dudkowskiego.
— Dowidzenia! u sędziego śledczego!... Zaraz tam jadę...
Obity chłopiec nie wylał z pewnością tylu łez, ile w tej chwili wylało się potu z czoła pana Dudkowskiego. Popędliwy obrońca ogrodu patrzył oniemiały na oddalającego się nauczyciela z gromadą i uczuł trwogę. Słyszał on coś, że sądy surowo karzą za pobicie, i zrozumiał, że żaden jeszcze akt samowoli nie spełnił się w tak sprzyjających dla spra-