Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kuchni i — tam znowu zobaczył furmana, który, stojąc w sieni, rzekł:
— Niech wielmożny pan nie upiera się. Ten Żydek da panu zaraz jutro dwadzieścia pięć rubli...
— Ale idź do djabła!... — krzyknął już rozgniewany pan Dudkowski i wypchnął furmana za drzwi.
Potem umył się i orzeźwiony kazał sobie podać talerz kwaśnego mleka z razowym chlebem, wedle przepisu lekarzy. Lecz, gdy wszedł do jadalnego pokoju, zastał przy drzwiach furmana, który mówił:
— Bo może wielmożny pan nie chce temu Żydkowi wypuścić w arendę, to ja znam drugiego, który także chce wziąć ogród. Onby nawet dał wielmożnemu panu trzydzieści rubli...
Pan Dudkowski uniósł się.
— Małgorzato! — krzyknął nadludzkim głosem — sprowadź mi tu policją...
Furman stropił się.
— Naco policją? — rzekł spokojnie — ja i tak pójdę... Chciałem panu wygodzie, nu, ale kiedy pan woli sam pilnować ogrodu, to co ja zrobię?... Dobranoc panu.
I odszedł, tym razem na dobre, gdyż wiedział, że o kilkadziesiąt kroków stąd mieszka wachmistrz straży ziemskiej, do którego czuł antypatją.
Zawziętość nic leżała w naturze pana Dudkowskiego. Jak wszystkie dusze szlachetne, umiał on nagle wybuchać i szybko uspakajać się. Przeszedłszy się więc parę razy po jadalni, której umeblowanie składało się ze stołu, dwu krzeseł i wielkiego kufra, zasiadł do kolacji.
Chleb razowy był trochę ościsty i może zanadto kwaśny, a mleko podeszło serwatką i miało smak, zdradzający długie przebywanie w wilgotnej piwnicy. Mimowoli przyszły na myśl panu Dudkowskiemu wesołe kolacje w Warszawie, gdzie o tej porze mógł wypić doskonalej herbaty, zjeść parę gatunków zimnego mięsa, przysłuchiwać się dowcipnym rozmowom