Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To stała cena — odparł Żydek — i nawet nikt się nie targuje.
Mówił z taką niezachwianą pewnością, że pan Dudkowski wydobył woreczek i z bólem serca dał furmanowi rubla.
— A ile tyś zapłaciła od stacji?... — spytał machinalnie kucharki.
— Czterdzieści groszy!...
— Oszukałeś mnie, Żydzie! — krzyknął pan Dudkowski.
— Niech Bóg zabroni!... Ale przecie co innego sługa, a co innego wielmożny pan. Jabym się wstydził powiedzieć czterdzieści groszy takiemu panu, co ma kamienicę w Warszawie i grunta u nas...
Pan Dudkowski umilknął.
— Chciałem jeszcze prosić wielmożnego pana — ciągnął Żydek — żeby pan swój ogród wypuścił w arendę jednemu tutaj Żydkowi...
— Ja nie wypuszczę ogrodu w arendę... — odparł zimno pan Dudkowski.
— Dlaczego pan nie wypuści? — zdziwił się Żydek. — Przecie ten ogród był co roku w arendzie...
*— Nie wypuszczę.
— Nu, to co pan z niego będzie miał? Tu wszystko rozkradną.
— Nie bój się, gdzie ja jestem, tam będzie dozór — odparł pan Dudkowski wyniosłym tonem i wszedł do pokoju.
Ledwie zdjął podróżny kitel, już Żydek ukazał się w oknie i mówił przez otwarty lufcik:
— Proszę pana, niech pan takie głupstwo nie robi i biednym Żydkom chleba nie odbiera. Cóżto, pan sam będzie pilnował ogród?...
— Wynoś się!
Żyd jeszcze postał, nareszcie odszedł, mrucząc:
— Oni tu i pana ukradną...
Pan Dudkowski chciał się umyć. W tym celu udał się do