Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Och, lżej! — mruknął i upadł nawznak na poduszkę. Potem zasnął twardo i zapomniał o swoich zgryzotach.

— — — — — — — — — — — —

Nad wieczorem Moszek i Abraham Cymesowie przyszli do kancelarji gminnej.
Zobaczywszy ich, mały pisarz zerwał się z krzesła i zapytał:
— Cóż słychać?...
— Nic wielkiego — odparł Moszek. — Ale nas bardzo zestrachali...
— A niech was licho weźmie! — pochwycił pisarz — co ja miałem kłopotu z waszemi paczkami. W domu trzymać ich nie mogłem, więc dobrze nakręciłem głową, nim udało mi się namówić wójta, ażeby je wziął...
— Wójt wziął?... — zawołali razem obaj Cymesowie z akcentem radosnego zdziwienia.
— A rozumie się!
Moszek zatarł ręce:
— Pan pisarz jest bardzo mądry! — rzekł. — Jak wójt będzie nasz, to nam się interesa jeszcze lepiej poprawią. Objeżczyki pierwejby poszli do proboszcza na rewizją, aniżeli do niego...
Pisarz uśmiechał się:
— A co mnie za to będzie? — spytał.
— Dobrze będzie — odparł Moszek.
Z tą cenną wiadomością obaj bracia opuścili pisarza i spiesznie poszli do domu wójta. Ale ich tam nie puszczono. Magda powiedziała, że wójt chory.
— To niech do nas wyjdzie pani wójtowa. My tylko marny jedno słówko powiedzieć.
Po chwili ukazała się na progu staruszka. Żydki ukłonili się nisko, a Moszek, wymowniejszy od rudego brata, zapytał półgłosem: