Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiedzą, że tobie z tych interesów niewiele wpływa, ino wszystko idzie dla pisarza. Ale swoją drogą ciebie tylko widzą i ciebie klną.
Mówię ci, Szymonie — biadała kobieta — zrzuć ty się z urzędu, albo wygnaj pisarza, bo on cię zgubi!
Wójt machnął ręką.
— Wygnaj go! — rzekł. — Łatwo się to gada, ale trudno zrobić. Nie można przecie człowieka pozbawić chleba, a zresztą — westchnął — nic ja mu nie poradzę. Jeszcze on mnie zaskarży i pójdę pod sąd...
Byłby on lepszy — dodał po chwili — ino ma taką żonkę, co go ssie, jak wąż krowę, buntuje go i namawia! Ho! ho! ona się urodziła na naczelniczkę, a nie na chłopską pisarzowę!...
Oj! jakże mnie na wnętrzu trapi! — wykrzyknął wójt na zakończenie.
Żona, wiedząc dobrze, w jaki sposób kończą się zwykle utrapienia urzędowe, zaprowadziła go do łóżka.
— Stary! — rzekła — zadam ci na odrzucenie...
— Kiej to bardzo paskudnie! — jęczał wójt.
— Magda! — zawołała staruszka — a przetrzyj tam cybuch piórkiem.
— Oj! kiedy strasznie nie lubię!... — szeptał wójt.
Ale na utyskiwania jego nie zważano. Magda przeciągnęła cienkie kacze piórko przez kanał cybuszka, i nabrawszy dosyć szmelcugi, podała piórko wójtowej.
Żona objęła starca jedną ręką za głowę, mówiąc:
— Otwórz gębę, stary!... Zaraz ci ulży...
— Oj! kiedy nie lubię... Nie lubię... nie lubię... — stękał wójt, szeroko otwierając usta.
Wtedy żona poczęła go łaskotać piórkiem po wnętrzu gardła. Wójtowi aż oczy na wierzch wylazły; na szczęście — nie bez skutku...
— Lżej ci teraz? — pytała go żona.