Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ski zajął miejsce naprzeciw niej, na taburecie, mocno zmieszany.
— Rzadko widujemy się — rzekła panna.
— Słodki to dla mnie wyrzut. Ale, jeżeli pani pozwoli, postaram się dotychczasowe zaniedbanie wynagrodzić — odparł Drzymalski.
— Komu?...
— Wynagrodzić przedewszystkiem sobie...
— A powtóre?...
— Istotnie, że z tego, com powiedział, wypływa i powtóre. A więc... powtóre — znowu sobie.
— Prawda, że w panu jest podobno dwu ludzi.
— Pani słyszała o tym aforyzmie? Dobry jest, co?...
— Nawet o sławie pańskiego dowcipu. Ale jacyż to są ci dwaj ludzie, których pan lokujesz w sobie?
— Jednym jest ten, który panią poznał przed piętnastu laty: tkliwy i marzący. Drugim ten, który przez piętnaście lat kochał bez nadziei...
— I cztery razy oświadczał się czterem różnym pannom. Jakiż jest ten drugi?
— Dowcipny i złośliwy — odparł Drzymalski.
— W miłości nieszczęśliwy — dodała Anna.
— Pozwolę sobie zauważyć, że rym, który pani w tej chwili skomponowała, jest lepszy od wielu moich, choć dużo nad niemi pracuję.
— Bardzo mi to pochlebia. Czy i pan dopuszcza się wierszy?
— Niestety tak. Układałem je na cześć pani. Czy pani także bawiła się w poezją?
— Niestety, tak...
— Domyślam się, że nie z mego powodu?
— Powinnabym uwielbiać pańską skromność, ale, będąc szczerą, wolę podziwiać pańską domyślność.
— Gorzkie odpowiedzi pani ranią moje nadzieje.