Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jużci moje, czyje ma być? — odparł chłop.
W tej chwili przybiegł z łąki Stasiek i patrzył na obcych z nieufnością i podziwem.
— A ta łąka jest twoja? — pytał brodaty.
— Zaczekaj, Fryc. Czy to wasza łąka, gospodarzu? — poprawił go stary.
— Nie moja, dworska.
— A czyja ta góra z sosną?...
— Zaczekaj, Fryc...
— Ach, ojciec lubi tak dużo gadać...
— Zaczekaj, Fryc — mówił starzec. — Ta góra z sosną to wasza?...
— Przecie moja, nie czyja.
— Oto widzisz, Fryc — rzekł stary po niemiecku — tu dopiero możnaby postawić wiatrak dla Wilhelma...
I wskazał ręką na górę.
— Wilhelm nie dlatego nie buduje wiatraka, że góry są za niskie, ale dlatego, że próżniak — odparł gniewnie nazywany Frycem.
— Proszę cię, Fryc, bądź cierpliwy. A te pola za gościńcem i tamte jary, to już nie wasze? — pytał znowu starzec chłopa.
— Skądżeby moje, kiedy to dworskie.
— No, tak — przerwał niecierpliwie brodaty — wszyscy wiedzą, że on siedzi na środku dworskich pól, jak dziura w moście. Djabła wart cały ten interes.
— Zaczekaj, Fryc — uspokajał go stary. — Was, gospodarzu, dworskie pola ze wszystkich stron otaczają?
— Jużci tak.
— No, dosyć tego! — mruknął brodaty i pociągnął ojca do wózka.
— Bóg wam zapłać, gospodarzu — rzekł stary, dotykając ręką czapki.
— Och, jak ojciec lubi dużo gadać! — przerwał brodaty,