Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wsadził tam głowę i ze zgrozą spostrzegł parę zabłoconych butów. Wypadek ten takim gniewem napełnił ulicznika, że, zapominając o potrzebie ostrożności, wrzasnął:
— Co tu jest?... Wyłaź stąd, łobuzie!....
— Cicho! cicho!... — ostrzegł go Walek.
— Co mam być cicho?... — krzyczał ulicznik. — Skąd on się tu wziął?... Jak się rozgniewam, to pójdę na policją, żeby do cyrkułu zaprowadzili tego złodzieja.
Para butów poruszyła się leniwie, a w głębi beczki rozległ się głos:
— Nie zaczepiaj, pókim dobry!...
— To pijak!... — szepnął Walek.
— Co z tego, że pijak!... Niech nie zabiera cudzego mieszkania, złodzieisko! — mówił Antek, chwytając najezdnika za nogi.
W tej chwili jeden z ogromnych butów, zakreślając w powietrzu łuk, otarł się o wyszarzany surdut Antka tak energicznie, że chłopiec zatoczył się.
— To ci go przeżegnał, o Jezu!... — mruknął Walek.
W beczce wciąż chrapało. Antek odprowadził Walka na bok i szepnął mu coś do ucha. Potem obaj zbliżyli się ostrożnie do beczki, schwycili ją za krawędzie i z ogromnym wysiłkiem podnieśli ją do góry.
Śpiący najezdnik znalazł głowę swą w pozycji, w której zwykli ludzie utrzymują nogi.
Ollaboga! — stęknęło w beczce, a jednocześnie dwa urwisy poczęli się drzeć w niebogłosy:
— Złodziej!... złodziej!...
Z beczki wtórował im gruby głos:
Ollaboga!... Ratunku!...
Teraz trzej chłopcy uciekli za parkan. W lepiance zapłonęły światła, a na podwórze wybiegli ludzie z kijami, dążąc ku beczce, z której ciągle rozlegały się okrzyki i kołatania.