Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Był to Wawrzyniec.
Gustaw, który wchodził na ostatku, spojrzawszy na Wawrzyńca, zbladł i cofnął się do sieni. Ruchu tego nie dostrzegł nikt, wszyscy bowiem gadać poczęli.
— Czy to jest Hoff?...
— Co za okropny wypadek!
— Przyniesiono dziecko nieżywe...
— Panowie! niech mówi jeden — upominał ich Damazy.
Zebrani ucichli, Piołunowicz zabrał głos:
— Czy zastaliśmy pana Hoffa?...
— Niestety! panie, niema go od południa — odparł Wawrzyniec, pobożnie składając ręce.
— Człowiek ten przyniósł do mnie martwe dziecko — ciągnął Piołunowicz.
— Doprawdy? — zdziwił się Wawrzyniec. — Biedna Helunia poszła za swą nieodżałowanej pamięci matką!...
W tej chwili pan Zenon szepnął do ucha sędziemu, że pożółkły człowiek musiał być kiedyś aktorem. Sędzia zgodził się na to i dodał, że sposób mówienia i ruchy jego wydają mu się istotnie nienaturalnemi.
— Pan znałeś tę rodzinę? — pytał dalej Piołunowicz.
— Byłem jej jedynym przyjacielem — odpowiedział Wawrzyniec.
— Musieli to być ludzie biedni?...
— Biedni, panie, ale bogobojni. Trzymali się zasady: „Znoś z Chrystusem i dla Chrystusa, jeżeli chcesz królować z Chrystusem...“ — odparł lichwiarz.
— Przecież Hoff miał plac?
— Plac sprzedany został za długi.
— Że też nikt im nie pomógł!...
— Ludzie biedni, jak my, mogą tylko pomagać radą, a tej nieszczęśliwy Hoff nie przyjmował, ponieważ...
I powiedziawszy to, lichwiarz wskazał palcem na czoło.