Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Czy Hoff nie ma już nikogo z rodziny? — mówił znowu Piołunowicz.
— Nikogo. Córkę wczora Bóg Najwyższy powołał do swej chwały; wnuczka, jak pan mówi, umarła dziś, a zięć...
Zakończył gestem, który oznaczał, że na zięcia liczyć nie można.
— Czy pan ma nadzieję zobaczyć się jeszcze z Hoffem?
— Będę go szukał i mam nadzieję, że Bóg pozwoli mi go znaleźć.
— Więc jeżeli znajdzie go pan, to prosimy o doręczenie mu tych pieniędzy — rzekł Piołunowicz, kładąc garść banknotów na stole. — My zajmiemy się pogrzebem jego wnuczki — dodał — a teraz żegnamy pana.
— Bóg Najwyższy wynagrodzi panom! — odpowiedział lichwiarz, kłaniając się do ziemi.
— A czy możemy wiedzieć nazwisko pańskie? — spytał nagle Damazy.
— Nazywam się... Grzybowicz!... — odparł, zająknąwszy się, lichwiarz.
Towarzystwo opuściło ruderę. Byli już w połowie ulicy, kiedy Piołunowicz zawołał:
— Guciu!... Guciu!... gdzie jest Wolski?
— Nie widzę go — odezwał się Damazy.
— Musiał wyjść pierwej — dorzucił Zenon.
— Może zachorował? — mówił z niepokojeni pan Klemens. — Już idąc tu, uważałem, że był jakiś nieswój...
— Szlachetne serce! — rzekł Damazy. — Widocznie obeszło go to, i uciekł... zapewne do siebie.
Po tem wyjaśnieniu wszyscy skierowali się ku pałacowi pod znakiem baraniej głowy.

Gdy goście odeszli, Wawrzyniec zbliżył się do stołu i począł rachować pieniądze.